Moje odkrycia maja!

Moje odkrycia maja!

Dziś jest już ostatni dzień maja, a ja nie mam pojęcia kiedy to zleciało!
Maj był dla mnie trudnym miesiącem, który spędziłam głównie na nauce, jednak na szczęście czas wciąż pędził jak szalony ;) Wśród tylu ciężkich momentów znalazło się jednak kilka przyjemniejszych, i to właśnie dzięki nim mogę dziś przedstawić wam kolejną część comiesięcznej serii - moje odkrycia miesiąca!

1.Oplątwy

Może pamiętacie, jak w poprzednim poście z serii opowiadałam wam o mojej pierwszej roślinie na stałe, która nie jest kaktusem. Otóż tak mi się to spodobało, że postanowiłam poszukać jeszcze czegoś dla siebie. I znalazłam! Oplątwy to rośliny które nie zapuszczają korzeni, nie rosną w ziemi, a w pustej doniczce, na drewienku, czy innym podłożu, i do hodowli są jeszcze mniej wymagające niż kaktusy!



2. Brelok do torebki

Do przypinania przeróżnych gadżetów przy torebkach  od zawsze byłam sceptycznie nastawiona. W tym miesiącu jednak w jednym ze sklepów natrafiłam na tak uroczy brelok, że nie mogłam nie pokusić się o jego zakup. I choć wciąż wielu rzeczy za nic nie przypięłabym do torebki, przynajmniej wiem, że znajdzie się coś także i dla mnie :)



3. Gumki - sprężyny

Mimo, że o nich mówi się już od dawna, jakoś nie przekonały mnie do siebie - aż do 2 tygodnia maja, kiedy nie mając pod ręką innych, związałam jedną z nich włosy. Zakochałam się od razu! Choć może nie sprawdzą się przy ciasnych upięciach (przynajmniej u mnie), przy tych luźniejszych radzą sobie naprawdę wspaniale. A jakie są wygodne!



4.Puder ryżowy Ecocera

 Właściwie to tego produktu nie odkryłam w maju, a jedynie zaczęłam go doceniać. Zawsze, stosując pudry, miałam wrażenie, że nie grają mi z podkładem (mimo, że kolor był prawie identyczny), a po chwili moja skóra zaczynała świecić się jak latarnia morska.
Puder Ecocera spełnił wszystkie moje kryteria, a zarazem po każdym zastosowaniu skóra jest matowa nawet do kilku godzin. Cudowny!



5. Orientana

O marce Orientana słyszałam przedtem właściwie tylko raz, nie mając pojęcia nawet w czym się specjalizuje. A szkoda, bo jest naprawdę świetna! Niedługo na blogu pojawi się post o jednych z ich kosmetyków, więc jeżeli jesteście ciekawi, koniecznie bądźcie na bieżąco :)

6. Naklejki Oriental Spoon

To właściwie nie jest zbyt ambitne odkrycie - w moim ulubionym koreańskim barze pojawiły się ich naklejki - jednak są tak urocze, że po prostu nie mogłam ich pominąć, sami spójrzcie! A to tylko przykłady ;)
Jeśli nie znacie jeszcze baru, odsyłam do postu z dnia, kiedy go odkryłam -  O barze Oriental Spoon słów kilka



To chyba tyle, jeśli chodzi o odkrycia, jakich dokonałam w maju :) A wy, mieliście okazję poznać coś nowego? Podzielcie się!
Jak radzić sobie z upałem?

Jak radzić sobie z upałem?

Ten post właściwie piszę dosyć spontanicznie, ale jako że sama mam bardzo duże problemy z samopoczuciem, skupieniem i wszystkim innym, gdy jest gorąco, chciałabym podzielić się z wami moimi obserwacjami, co do tego, co najlepiej pozwala nam ochłodzić się w zbyt ciepłe dni :)
Mam nadzieję, że moje rady wam się przydadzą i skorzystacie z nich, gdy będzie taka potrzeba! Zapraszam do czytania ;)


1. Woda

To całkowita podstawa do dobrego samopoczucia, zarówno w ciepłe, jak i chłodniejsze dni. 1,5 -2 litry to w dni tak ciepłe jak dziś całkowite minimum. Możecie również wcześniej ją schłodzić, aczkolwiek mi nie odpowiada smak wody, zimniejszej niż temperatura pokojowa.

2. Powiedzmy NIE jeansom!

Niemal 30 stopni na zewnątrz to najwyższy moment, by pożegnać się z wiosennymi ubraniami - swetrami, bluzami (zwłaszcza tymi niezapinanymi) a także właśnie jeansami, w których można się ugotować, siedząc w pełnym słońcu ;)

3. Woda termalna

Woda termalna to wręcz idealny sposób, aby ochłodzić i odświeżyć twarz w ciągu dnia. Efekty naprawdę czuć, a co ważne - nie narusza naszego makijażu!

4. Wiatraki i wachlarze

Gdy już źle czujemy się z gorąca, czy duchoty, warto zrobić sobie "wiatr" wachlując się, czy też zaopatrując w przenośny wiatrak - choć z tym w sytuacjach, gdy powinniśmy zachowywać się cicho, jest już nieco gorzej

5. Otwórz okna

Może wydawać się, że ich otworzenie jedynie zwiększy temperaturę, ale wierzcie, gdy do gorąca dołożymy jeszcze duszność w pomieszczeniu, będzie jeszcze gorzej! Chyba, że macie jakieś inne możliwości wietrzenia, wtedy warto z nich skorzystać ;)

6. Nie myśl o temperaturze!

Powtarzając w myślach, jak bardzo nam gorąco i że zaraz się ugotujemy, sprawiamy, że nasz organizm jeszcze bardziej odczuwa temperaturę. Dlatego w miarę możliwości lepiej myśleć o wszystkim innym, omijając ten temat, żeby nie pogorszyć sytuacji!

7. Lody :)

Nie od dziś wiadomo, że gdy schłodzimy się od środka, jest nam od razu mniej gorąco. Dlatego wszelkie lody są świetną opcją! Osobiście nie jem tych kupnych, ale sama przyrządzam sobie z wody, malin, arbuzów i truskawek. Pyszne, odświeżające i zdrowe! Polecam :)

8. Parasolka

Niektórych może i zaskoczy ten punkt, ale parasolka to tak naprawdę przenośny dach nad głową. A kawałek cienia, w którym możemy skryć się wychodząc na zewnątrz w gorące dni potrafi czynić cuda!


Wydaje mi się, że na obecny moment to tyle, ale jeśli jeszcze coś przyjdzie mi do głowy, na pewno zrobię część drugą! A wy, jak radzicie sobie z upałami?
Pilaten Shea Hand Cream - mój pierwszy krem z Chin!

Pilaten Shea Hand Cream - mój pierwszy krem z Chin!

Tak jak koreańskich i japońskich kosmetyków używam już od dawna, i myślę, że jestem dość obeznana w temacie, tak z chińskimi prawie w ogóle nie miałam do tej pory styczności. Nie żebym ich unikała - o czego przecież nie mam powodu - po prostu mam wrażenie, że nie znajdowało się wśród tych dostępnych nic, co zwróciłoby moją uwagę.
Ostatnio jednak na półce jednego ze sklepów zauważyłam Krem do rąk z masłem Shea od Pilaten i postanowiłam spróbować. W końcu jeśli się nie spróbuje, nigdy nie dowie się jakie to jest, tak? :)



Opakowanie jest urocze, doceniam zwłaszcza zakrętkę, gdyż naprawdę uwielbiam taki jej kształt! Uważam jednak, że o wiele lepiej by się prezentowało, gdyby srebrny zamienić na jakiś inny jasny kolor. Może to tylko moje osobiste odczucie, ale patrząc na nie, kojarzy mi się z maścią, lub innym lekiem, a nie kremem do rąk...

Zapach jest przyjemny, delikatny i czuć, że jest naturalny, jednak to konsystencja kremu mnie zachwyciła. Jest bardzo lekka i w połączeniu z nieco przezroczystą barwą tworzy efekt, dzięki któremu naprawdę bardzo przyjemnie smaruje się kremem. Wchłania się praktycznie od razu, pozostawiając jedynie miłe uczucie miękkości :)



Od momentu zakupu używam go już ok. 2 tygodni i choć nie sprawdza się aż tak dobrze, jak mój kochany Lazy&Joy Custard Hand Cream (O którym więcej pisałam tutaj), muszę przyznać, że faktycznie działa :)
Dłonie są nawilżone, miękkie i przyjemne w dotyku, a w dodatku ślicznie pachną! Dzięki szybkiemu wchłanianiu, zapachowi i konsystencji mogłabym używać go dosłownie bez przerwy. Połączenie go, wraz z działaniem Lazy&Joy byłoby moim ideałem kremu do rąk!




Mimo, że to jeden z moich pierwszych kosmetyków z Chin, mogę wam go szczerze polecić, bo myślę, że naprawdę warto w niego zainwestować. Jestem zachwycona :)

Może zainteresuje cię też:
TOP 5 koreańskich kosmetyków
Majowe odświeżenie, czyli tonik i balsam do ust od Resibo
Jak stosować maski w płachcie?
Jak szybko opanować nowy alfabet?
Tradycyjne azjatyckie stroje - hanbok, kimono, qipao

Azjatycki Zakątek - majowe zakupy!

Azjatycki Zakątek - majowe zakupy!

Po ponownym otwarciu Azjatyckiego Zakątka nie mogłam nie pokusić się o zakup kilku rzeczy. Zwłaszcza, że pojawiło się mnóstwo fantastycznych nowości :)
Jak zwykle zamówienie przyszło szybko, bez problemów, jednak przykrą niespodzianką dla mnie były tym razem opakowania. To znaczy, wszystko było z nimi w porządku, jednak do tej pory, przynajmniej część z nich, była bardziej... niezwykła? Na pewno wyróżniały się na tle innych ;)

1. Lychee pudding

Z Puddingiem o smaku liczi, od kiedy tylko go zobaczyłam w sklepie, wiązałam wielkie nadzieje, bo uwielbiam tego typu rzeczy, naprawdę! Niestety, kiedy go spróbowałam, okazał się jedną z najgorszych rzeczy, jakie miałam okazję ostatnio zjeść...
Może trzeba było trzymać go w lodówce? (Choć nie było takiej informacji)
Nie wiem, ale o ile nie macie jakichś trików, które poprawiają smak, niestety tego puddingu nie mogę wam polecić...




2. Pocztówki

Uwielbiam wieszać obok biurka zdjęcia i pocztówki, więc zamówiłam kolejne dwie sztuki, aby urozmaicić moją kolekcję - Rap Monster i V :)



3. Pałeczki

Pierwszą rzeczą, jaką zamówiłam, były nowe pałeczki, wraz z uroczą podkładką pod nie. Niedawno zgubiłam poprzednie, więc była to konieczność ;) Są gładkie i lekko spłaszczone, aby łatwiej było je trzymać. Podkładka to natomiast jeden z 5 płatków kwiatu kwitnącej wiśni, jaki można z nich ułożyć. Prześliczna!


4. Książka "Koreański masaż dłoni"

To właściwie była spontaniczna decyzja. Przeglądałam dział z książkami i ta pozycja szczególnie zwróciła moją uwagę. O masażu dłoni w Korei nie mam pojęcia, więc nie mogę doczekać się jej przeczytania, może to być naprawdę interesujące!
*Niestety do tej pory nie miałam okazji zrobić jej zdjęć*


5. Green Grape candy - Lotte

To jedne z moich ulubionych koreańskich cukierków :) Mają intensywny smak bezpestkowych winogron, tak realny, jakby jadło się samo winogrono. Pyszne, pachnące i nisko kaloryczne! Ich jedyny mankament to wielkość, nieco niedogodna do ssania, ale da się z tym jakoś poradzić.


6. Honey Butter Chips

Te, w przeciwieństwie do cukierków, były całkowitym eksperymentem. Z początku wydawały mi się bardzo dziwne w smaku - jednocześnie słone i słodkie, z masłem i miodem... Po kilku próbach jednak w pewnym sensie się do niego przyzwyczaiłam i chipsy zaczęły mi bardzo smakować :)


7. Maski

Jeśli śledzisz mojego bloga, na pewno wiesz już, jak bardzo uwielbiam maski w płachcie.Tym razem zamówiłam . Ich działanie jest przede wszystkim nawilżające, ale również rozświetlające, wyrównujące koloryt, oraz łagodząco-kojące. Jest to mój pierwszy raz, kiedy testuję te maski, więc jeśli któraś okaże się interesująca, z pewnością się dowiecie :)


8. Gumy brzoskwiniowe

Podczas moich poprzednich zakupów w Azjatyckim Zakątku poznałam koreańskie gumy o smaku winogronowym, więc po takim zamówieniowym sukcesie, tym razem chciałam wypróbować kolejny smak. Powiem tyle - są po prostu niezwykłe, mogłabym ssać je bez przerwy! Smak brzoskwiniowy chyba jeszcze lepszy od winogronowego!



Wydaje mi się, że to już wszystko, co zamówiłam tym razem :) Mieliście okazję robić już zakupy w Azjatyckim Zakątku?

Może zainteresuje cię też:
Cytaty w hangulu!
Jak stosować maski w płachcie?
Jakie książki o Korei warto przeczytać?
Wywiad z autorkami bloga - Polki w Korei!
TOP 5 koreańskich kosmetyków - maj 2018

TOP 5 koreańskich kosmetyków - maj 2018

Koreańskie kosmetyki wciąż pozostają niewyczerpanym tematem, i wciąż dostaję zapytania o te z nich, które najbardziej polecam, więc postanowiłam w końcu przygotować post na ten temat, tym samym zaczynając nową serię na blogu - TOP 5 :)
Są to kosmetyki, których obecnie używam i naprawdę jestem zadowolona z rezultatów ich stosowania. Starałam się również, wybierając finalną piątkę, różnicować ich zastosowania i rodzaje, więc na pewno się nie znudzicie. Zapraszam do czytania!

1. Lazy&Joy Custard Hand Cream - Holika Holika

To nic innego, jak nawilżający krem do rąk. Nie mogłoby go jednak zabraknąć - nie wiem, jak moje dłonie poradziłyby sobie na dłuższą metę z brakiem kremu!
Ten, zawarty w tak cudownie uroczym opakowaniu, na pewno nie jest najtańszym, jaki można znaleźć na rynku, ale  warto w niego zainwestować! Sprawdza się u mnie świetnie, nawilża i ujędrnia skórę dłoni, a także sprawia, że jest ona miększa i wygładzona.



2. Speedy Solution Firming Gel Eye Patch - Missha

Ten produkt to zdecydowanie mój numer 1, jeśli chodzi o płatki pod oczy. Nawilża, ujędrnia i regeneruje skórę wokół naszych oczu. I co najważniejsze - działa szybko!
Mam problem z opuchlizną, czasem cieniami pod oczami, a moja skóra nieustannie jest wysuszona (nienależnie od tego, ile kremów, masek i innych kosmetyków stosuję), i płatki sprawdzają się rewelacyjnie.
Polecam wszystkim, którzy nie chcą wydawać na tego typu produkty fortuny, serio :)


3. Superfood Mask - NOHJ

To również produkt z niższej półki cenowej, ale w tym przypadku nieco gorzej z dostępnością. Gdybyście mieli problem ze znalezieniem - śmiało piszcie, pomogę ;)
Moja ulubiona to maska Blueberry, aczkolwiek myślę, że warte uwagi są również miodowa i brokułowa. Ta z zawartością grzybów nieszczególnie mnie przekonała!
Maski łączą ze sobą trzy cechy, których wymagam od produktu - wygląd (mają holograficzne punkty na opakowaniach!), zapach i skuteczność (nawilża, wygładza i rozświetla)



4. Tako Pore - Tony Moly

I tutaj mamy dwie możliwości : plaster naklejany na nos, oraz maskę - i to właśnie ona jest moim faworytem.
Tako Pore odkryłam właściwie niedawno, bo około miesiąca temu. Maska na pewno nie jest typowa - "bąbluje" na naszej skórze i zmienia konsystencję! Bardzo skutecznie oczyszcza pory, zmniejsza  je i pozbywa się nadmiaru sebum! A w dodatku wystarczy trzymać ją na twarzy tylko kilka minut ;)

5. Prime Youth Black Snail Repair Cream - Holika Holika

To jedyny tak drogi produkt na mojej liście, ale nie bez powodu go tu umieściłam.
Oczywiście, znajdą się tańsze zamienniki tego kremu (kilka nawet wypróbowałam), ale żaden z nich nie sprawdził się nawet w połowie taak dobrze jak produkt od Holika Holika.
O śluzie ślimaka ostatnio mówi się sporo i to właśnie na jego bazie stworzony został krem. Głęboko nawilża, regeneruje skórę, odżywia ją i poprawia jej kondycje. Dodatkowo działa przeciwzmarszczkowo i wyrównuje wszelkie nierówności skóry.
Ślimak cudotwórca, polecam :)
*niedawno skończył mi się produkt, ale wygrzebałam otrzymaną kiedyś próbkę, mam nadzieję, że wam wystarczy ;)*



A wy, macie swoje ulubione kosmetyki z Korei? Podzielcie się! Chcielibyście na blogu zobaczyć również TOP 5  japońskich kosmetyków? ;)

Może zainteresuje cię też:
 Majowe odświeżenie, czyli tonik i balsam do ust od Resibo!
Jak stosować maski w płachcie?
Koreańskie maski od Eveline Cosmetics
Wywiad z autorkami bloga - Polki w Korei!


Tajemniczy świat "Magii ukrytej w kamieniu"

Tajemniczy świat "Magii ukrytej w kamieniu"


 Tytuł: "Magia ukryta w kamieniu"
Autor: Katarzyna Grabowska
Wydawnictwo: Videograf S.A
Liczba stron: 416
Okładka: miękka ze skrzydełkami



18- letnia Julia wyznaje w swoim życiu jedną zasadę: wszystko powinno być wcześniej zaplanowane. Jednak jej uporządkowane życie obraca się o 360 stopni, gdy poznaje Mateusza - pierwszą miłość jej babci. 
Dowiaduje się od niego o ,,diabelskim kamieniu” znajdującym się w lesie. Wbrew rozsądkowi coś ciągnie ją do tego miejsca owianego tajemnicą. Wymyka się z domu, idzie go zobaczyć i… przemierzając na wskroś czas i przestrzeń, trafia do tajemniczej krainy Burii, w której  nigdy nie świeci słońce, a czas odlicza się licząc kolejne łowy na okrutne stworzenia - skrzydlaki. Za sprawą księcia Wyelina trafia na zamek. Poznaje księżniczkę Lavenę, rycerza Hermana i ucznia medyka Ewena. 
Julia jest traktowana jak gość specjalny i poznaje smaki życia na zamku, jednak pozory mylą…
Czy skrzydlaki są winne cierpieniu, jakie spadło na mieszkańców Burii? Czy miły i pomocny Herman skrywa mroczny sekret? Prawda może być okrutna. Ponadto serce Julii jest rozerwane między Hermanem, Wyelinem, a chęcią powrotu dla domu. Starając się pomagać innym wpada w kłopoty, z których sama nie da rady się wyplątać…

 

 

Początek książki nie jest porywający, ale z czasem akcja zaczyna się rozpędzać. Jest to książka lekka i przyjemna. Idealna na odpoczynek i oderwanie się od rzeczywistości. Jednak jest tylko kolejną książką przygodową, która nie wnosi dużo do życia czytelnika. Nie jest to książka dla osób, które szukają pozycji z głęboką treścią. 
Katarzyna Grabowska odkrywa świat Burii powoli, co nadaje książce tajemniczości. Cały świat w książce jest ciekawy i barwnie opisany. Szkoda, że postacie są jak na razie mało rozwinięte, ale może w drugiej części to się zmieni. Wbrew mało ciekawemu początkowi, koniec był zaskakujący i pozostawia w niepewności co wydarzy się dalej.

 

 

 

 Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Videograf S.A :)
https://videograf.pl/pl/i/Nasze-bestsellery/15
Mieliście okazję już słyszeć o tej książce? Jak Wasze wrażenia? :)
Może zaciekawi cię też:

A jak wyglądał twój pierwszy bal?- recenzja książki "Mój pierwszy bal"
Koreańskie maski od Eveline Cosmetics

Majowe odświeżenie, czyli  tonik i balsam do ust od Resibo!

Majowe odświeżenie, czyli tonik i balsam do ust od Resibo!

Resibo to polska marka kosmetyczna, obecnie mająca w swojej ofercie kilkanaście produktów - między innymi kremy, balsamy i olejki :) Kosmetyki Resibo są organiczne - wegańskie, zdrowe, oraz naturalne w ponad 96%!
Mniej więcej miesiąc temu otrzymałam do testowania dwa produkty z ich oferty - Tonik oraz balsam do ust.
Jeszcze zanim przejdę do recenzji samych produktów, warto wspomnieć o pierwszym, co zwróciło moją uwagę po otworzeniu przesyłki - o opakowaniach. W tej kwestii, co trzeba przyznać, Resibo nie ma sobie równych. Są naprawdę piękne, przyciągające wzrok, a jednocześnie wciąż w minimalistycznym stylu. Jakby tego było mało, niektóre z produktów wkładane są także do tekturowych, okrągłych pudełek, które tworzą jeszcze lepszy efekt - zdjęcie poniżej :)
Patrząc na takie opakowania, od razu milej jest stosować produkt!



Kojący balsam do ust. Perfector 3 w 1

Jako osoba, której pewnego rodzaju tikiem nerwowym jest przygryzanie ust, mam spore problemy z doprowadzaniem ich do porządku. Stosuję kilka pomadek, ale żadna z nich nie spełnia całkowicie moich oczekiwań, dlatego zdecydowałam się spróbować czegoś nowego - Balsamu do ust od Resibo!

Zaraz po świetnym pierwszym wrażeniu, które zapewnił wygląd opakowania, moja opinia o balsamie znacznie spadła. Gdy tylko wycisnęłam pierwszą odrobinę produktu, zaskoczył mnie... żółty kolor.
Wiem, że jest co najmniej kilka balsamów do ust o tym kolorze na rynku, ale wciąż, jakoś nie przemawia do mnie taki wygląd produktu, który mamy nałożyć na usta.

Balsam stosowałam kilka razy dziennie i po 3-4 dniach używania, kiedy nie zauważyłam żadnej zmiany, właściwie niczego specjalnego od niego nie oczekiwałam. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy po tygodniu moje usta przeszły ekspresową metamorfozę! I to dosłownie - zmianę zauważyłam właściwie z dnia na dzień ;)
Udało mu się zregenerować wszystkie nierówności na moich ustach, całkowicie je wyrównać, oraz nawilżyć - co u mnie zazwyczaj graniczy z cudem.
Już kiedy udało mi się osiągnąć tylko wymienione wyżej małe sukcesy, byłam zachwycona (co na pewno widać ;)), ale po kolejnych kilkunastu dniach stosowania stały się jeszcze miększe i przyjemniejsze w dotyku!

Balsam jest dosyć drogi, jak na swoją pojemność, ale myślę, że rekompensuje to swoją wydajnością. Powinien spokojnie starczyć na 2-3 miesiące regularnego stosowania :)
Warto wspomnieć także o jego zapachu - jest słodki i dość intensywny, co mi całkiem odpowiada!

Podsumowując, powiem tylko, żebyście szukając nowej pomadki pamiętali o marce Resibo, bo w tym przypadku naprawdę warto!

Plusy:
+opakowanie
+działanie
+wydajność
+zapach

Minusy:
-cena
-kolor balsamu



Tonik. Mgiełka nawilżająca

Moim drugim wyborem był tonik - mimo, że wciąż nie skończył mi się poprzedni, nie byłam nim szczególnie zachwycona, więc pomyślałam, że jeżeli ten od Resibo mi przypasuje, będę miała alternatywę na kolejne zakupy.

Zapach toniku jest różany, delikatny i naprawdę piękny,a tak mi się podoba, że mogłabym wąchać go dosłownie bez przerwy! :)
Stosowałam go przez nieco ponad miesiąc, i po każdym użyciu skóra była odświeżona,  a także oczyszczona. Mam także wrażenie, że łagodził podrażnienia skóry i ewentualne zaczerwienienia powstałe z tego powodu!

Wielkim, i chyba jedynym ważniejszym mankamentem tego toniku jest rozpylacz. Bo właściwie nie jest rozpylaczem - "strzela" mocnym strumieniem, co jest dla twarzy bardzo nieprzyjemne i wręcz boli. Poradziłam sobie wcierając go w skórę wacikiem, ale jednak, wolałabym nie musieć tego robić.
Produkt się u mnie sprawdził, ale sądzę, że znajdzie się taki, który również spełni moje oczekiwania, a zarazem będzie możliwy do rozpylania bezpośrednio na twarz.

Podsumowując, zestawiłam plusy, oraz minusy toniku.

Plusy:
+zapach
+działanie - oczyszcza, odświeża i (prawdopodobnie) łagodzi
+opakowanie!

Minusy:
-rozpylacz!
-cena



A wy, znacie markę Resibo? Stosujecie od nich kosmetyki? :)
Czy trzeba jechać do Korei, aby spotkać Koreańczyka? - Projekt

Czy trzeba jechać do Korei, aby spotkać Koreańczyka? - Projekt

Ostatnio otrzymałam na moją skrzynkę mailową takie właśnie pytanie, i właściwie nie bardzo wiedziałam, co mogę odpowiedzieć.
No bo... Jeżeli zależy wam na minięciu kogoś, pochodzącego z Korei, na ulicy, to oczywiście, że nie trzeba.
Żyjemy w czasach, kiedy obcokrajowców z Polsce jest naprawdę wielu i wcale nie trzeba szukać, żeby ich znaleźć. Prawie codziennie, czekając na przystanku na tramwaj, aby dostać się do szkoły, widzę grupkę Koreanek, jadących na uniwersytet ;) I wiecie, nie jest sztuką wyjść z domu i udać się w uczęszczane przez turystów miejsce. A przy odrobinie szczęścia właśnie tyle wystarczy, abyśmy mogli spotkać osobę z interesującego nas kraju!
Ale jeśli chodzi ci o coś więcej niż minięcie go na ulicy, i w twojej okolicy nie znasz żadnego, który mieszka w Polsce... To myślę, że tak, trzeba.
Chyba, że interesuje cię relacja na odległość ;)



Ale nie dlatego piszę ten wpis. Po pytaniu, zadanym przez jedną z czytelniczek, wpadł mi do głowy pewien pomysł. Chciałabym wprowadzić w życie pewien projekt, związany właśnie z Koreańczykami, którzy mieszkają w Polsce, lub przyjechali do niej w celach turystycznych.
Każdej osobie, która miałaby ochotę wziąć udział, zdałabym 2-3 pytania i zrobiłabym z nią zdjęcie, na dowód naszej krótkiej rozmowy :)

Myślę, że może być to ciekawe doświadczenie zarówno dla mnie, jak i dla tych, którzy będą oglądać efekty - ale tylko, jeżeli dobrze dobierze się pytania. I tu właśnie mam prośbę do was!
Jakie wy pytanie chcielibyście zadać Koreańczykowi/Koreance? Odpowiedź na jakie pytanie chcielibyście przeczytać?
Załączam link do formularza i mam nadzieję na wasze liczne odpowiedzi! :)


Wywiad z autorkami bloga - Polki w Korei!

Wywiad z autorkami bloga - Polki w Korei!

 Kasia i Dori pierwszy raz odwiedziły Koreę Południową 7 lat temu. Teraz mieszkają w niej już od kilku lat, i właśnie stamtąd prowadzą swojego bloga - Polki w Korei (Na którego serdecznie was zapraszam! :))

 1. Cześć! Może na początek opowiecie coś o sobie? :)

Kasia: Mam 29 lat i w Korei mieszkam na stałe od 3 lat. Od roku już jako mężatka. Uwielbiam kuchnie koreańską
 i uczę się jej namiętnie w każdej wolnej chwili. Poza tym uwielbiam zwiedzać, robić zdjęcia i poznawać coraz to 
nowe miejsca w Korei.
Dori: Ja mam 26 lat a w Korei jestem już od ponad dwóch. Wcześniej studiowałam koreanistykę w Poznaniu, 
tutaj w Seulu natomiast ukończyłam właśnie studia magisterskie. Kocham podróże, kawę, i azjatycką kuchnię. 

  

2. Co zainspirowało was, aby wyjechać do Korei? Była to spontaniczna decyzja, czy może od dłuższego czasu 

planowana?

Kasia: U mnie była to decyzja w 100% spontaniczna. Wszystko zaczęło się w 2011 roku gdy nie interesowałam się
 Koreą prawie zupełnie. Znajoma zadzwoniła do mnie czy nie chciałabym jechać na wolontariat do świątyni 
buddyjskiej na 10 dni w Korei. Nie wiem co mnie wtedy podkusiło, ale od razu się zgodziłam. Wtedy też pierwszy
 raz leciałam samolotem, haha
Dori: U mnie była to natomiast od dawna zaplanowana wycieczka. Razem z przyjaciółką zbierałyśmy pieniądze i
 zorganizowałyśmy sobie cały wypad. I tak jak Kasia, ja również wyleciałam do Korei po raz pierwszy w 2011 roku.
 Koreą (a właściwie Azją, zwłaszcza Japonią) interesowałam się od bardzo dawna i taki wyjazd był spełnieniem 
moich marzeń. Później dostałam się na studia w Poznaniu i miałam okazję wyjechać na roczny kurs językowy. A 
w 2016 roku wróciłam znowu, by kontynuować studia, tym razem magisterskie.  

3. Jak miałyście okazję się poznać? Było to jeszcze w Polsce, czy dopiero na miejscu - w Korei?

Kasia: Poznałyśmy się w Poznaniu. Ja studiowałam obsługę ruchu turystycznego na WSHIG, a Dori Koreanistykę
 na UAM. Po powrocie z Korei zaczęłam się już na poważnie interesować tym krajem, więc nie mogło mnie 
zabraknąć w barze prowadzonym przez Koreańczyka. I to właśnie ten Koreańczyk nas ze sobą zapoznał, to dzięki
 niemu okazało się, że w tym samym czasie w sierpniu 2011 roku byłyśmy w Korei.
Dori: Tak, znamy się więc już od jakichś 7 lat. 

4. Jakie były wasze wrażenia podczas pierwszej wizyty w tym kraju? Coś szczególnie zwróciło waszą uwagę? 

Zachęciło, czy może wręcz przeciwnie, do niego?

Kasia: Moja pierwsza wizyta sprawiła, że się zakochałam w Korei na amen. Wszystko było idealne! Ludzie tacy 
mili i pomocni, jedzenie przepyszne, widoki cudowne i tyle się działo! Nawet zatrucie pokarmowe i pierwsza 
wizyta w szpitalu nie zrzuciły mi różowych okularów. Teraz po czasie widzę, że jak w każdym innym kraju i tu
 kolorowo nie jest, ale wtedy było zupełnie inaczej.
Dori: Moje pierwsze wrażenie nie było aż takie dobre, ponieważ Koreę odwiedziłam zaraz po Japonii. Japonia
 była niesamowita i taka ładna, dlatego Korea wydała mi się wtedy taka… szara. Ale było to tylko chwilowe, 
ludzie byli naprawdę pomocni i mili, chociaż w 2011 roku nie było tutaj jeszcze tylu obcokrajowców, także 
byłyśmy z przyjaciółką trochę w centrum zainteresowania. Jedyne, co rzuciło mi się w oczy, to na pewno ceny. 
W porównaniu z Japonią, Korea była wtedy bardzo tania. No i do tej pory nie wiem, jak udało nam się całymi 
dniami zwiedzać podczas takiego upału.

5. Co najbardziej was zaskoczyło w Korei?

Kasia: Jedyne co pamiętam to okropny zaduch i wilgotność zaraz po wyjściu z samolotu. Było jak w saunie i 
zupełnie nie dało się oddychać! Po przejściu krótkiego odcinka już byłam cała spocona i zmęczona.
Dori: Brak śmietników! Trzeba było się czasem namęczyć, żeby wyrzucić butelkę, czy nawet papierek po lodzie, 
nie mówiąc już o innych rzeczach. Spokój, bo w tamtym okresie przed naszym wylotem było również pełno 
wiadomości związanych z Koreą Północną. I… sauna. Nie spodziewałam się, że trzeba będzie rozebrać się ze
 wszystkiego. Ale byłam tak zmęczona, że to już naprawdę nie miało znaczenia. Pierwszą przygodę z koreańską 
sauną zapamiętam na długo, haha 

6. Gdybyście miały podać największą wadę Korei, to co by to było?

Kasia: Dla mnie zdecydowanie zanieczyszczenie powietrza. W Korei naprawdę jest wiele wspaniałych gór i 
miejsc, gdzie można spędzić czas na zewnątrz, ale smog, yellow dust i zanieczyszczenie sprawiają, że ciężko się 
tym cieszyć.
Dori: Tutaj zgodzę się z Kasią. Wiosna to moja ulubiona pora roku, jednak ze względu na zanieczyszczenie 
powietrza nie można się nią tutaj w pełni cieszyć. 

7.   Co jest najtrudniejsze w życiu Polaka w kraju takim jak Korea Południowa?

Kasia: Nie jest łatwo o zatrudnienie. Nie mówię, że to niemożliwe, bo da się znaleźć, jeśli się intensywnie szuka, 
ale nie jest to bardzo proste. Zwykle pochodząc z anglojęzycznego kraju dużo łatwiej się tu gdzieś zaczepić czy
 znaleźć jakieś źródło dochodu. No i dla mnie, jako osoby, która lubi gotować, to brak niektórych składników.
Dori: Żeby mieszkać w Korei trzeba być dość elastycznym. Różnice kulturowe potrafią sprawiać Polakom wiele 
trudności, a praca z Koreańczykami nie należy do łatwych. O ile uniwersytety wręcz biją się o zagranicznych 
studentów, to tak jak Kasia wspomniała, ze znalezieniem pracy trzeba się trochę namęczyć. 


8.   I na koniec - Czy można w niej znaleźć miejsca związane z Polską (polskie sklepy, restauracje...)?

Kasia: Miejsc związanych z Polską bardzo dużo nie ma, ale coś się znajdzie. Na uniwersytecie Konkuk znajduje się
 tablica z cytatem Józefa Piłsudskiego „Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, zwyciężyć i spocząć na laurach
 to klęska” w języku polskim. Niedaleko od pałacu Gyeongbokgung powstała polska hotdogownia, w której 
znajdziemy też polskie zapiekanki, czasem bigos i grzaniec. A zdarzają się nawet pierogi czy gołąbki. No i 
oczywiście co roku w maju przez Ambasadę organizowany jest Dzień Polski.
Dori: Jest też Bułgarska restauracja Zelen. Właściciel jest w połowie Polakiem i czasem pojawiają się tam polskie
  dania (np. z okazji świąt Bożego Narodzenia czy na Wielkanoc). Polskich sklepów nie ma, ale czasem na półkach
 supermarketów można znaleźć polskie produkty, takie jak czekolada, napoje (np. Tymbark), czy piwo
 (np. Żywiec). 

Bardzo dziękuję za poświęcony czas i życzę samych sukcesów! :)
Moje odkrycia kwietnia!

Moje odkrycia kwietnia!

Nie mogę nazwać kwietnia miesiącem, który mi się podobał. Ciągle zapominałam o tabletkach, łagodzących alergię i skutki były... No, nie najlepsze.
Mimo wszystko w moje ręce znowu trafiło kilka ciekawych nowości, więc właśnie o nich chciałabym wam dzisiaj opowiedzieć :) Zapraszam do czytania!

   1. Kaligrafia
Właściwie do tej pory miałam niewielkie pojęcie do kaligrafii - i może właśnie dlatego nie wydawała mi się interesująca. W ramach prezentu imieninowego otrzymałam od rodziców zestaw do kaligrafii z Chin i muszę przyznać, że jest to naprawdę świetna zabawa! Na razie idzie mi dosyć...Kiepsko, ale jak tylko lepiej poznam tajniki kaligrafowania w hangulu, na pewno dam wam znać!



   2. Taśma-magnes
Nie wiem, czy o tym wspominałam, ale nad biurkiem mam sporą ścianę magnetyczną. A co za tym idzie, cierpię na ciągły brak magnesów - ładnych, pasujących do pokoju magnesów ;)
Jakiś czas temu natrafiłam na magnes, w postaci taśmy, i myślę, że jest to naprawdę świetna opcja, jeśli chodzi o przyczepianie kartek, zdjęć, czy jeszcze czegoś innego, do ściany lub lodówki - aplikacja jest bardzo prosta, taśma jest niewidoczna, bo przyczepiona z tyłu kartki, dzięki czemu nie musimy martwić się estetyką, i w przystępnej cenie :)



   3. Jeju Beauty Store
Wiem, wspominam o tym sklepie już któryś raz, ale warto! Jest to jeden z lepszych sklepów z koreańskimi kosmetykami w mojej okolicy, a nie wiem jak wy, ale ja zdecydowanie wolę przed zakupem obejrzeć kosmetyki na żywo, niż zamawiać przez internet. Więcej o tym sklepie dowiecie się w tych postach ;) - Wycieczka koreańskim szlakiem po Warszawie!  &  Fotorelacja z Warszawy



   4. Starzec Rowleya (Tak, ja też widzę tą nazwę)
Do tej pory w pokoju miałam tylko jedną roślinę, która nie była kaktusem/sukulentem. A konkretnie coś w rodzaju paprotki, w dodatku podlewanej przez moich rodziców.
Jednak ta roślinka wydała mi się tak urocza, i idealnie wpasowywała się w moją kolekcję mini-roślin, że po prostu musiałam ją kupić ;) Mam nadzieję, że uda mi się ją jakoś utrzymać przy życiu!



   5. Foto-zeszyty
Przed początkiem kwietnia o istnieniu czegoś takiego jak foto-zeszyt słyszałam właściwie tylko przypadkiem i nie do końca orientowałam się, o co z nim chodzi. Bardzo się cieszę, że miałam okazję zamówić mój pierwszy zeszyt, wypełniony zdjęciami :) Jeżeli jesteście ciekawi, co się w nim znalazło (a pomysł nie był wcale typowy), zapraszam do przeczytania recenzji!



   6. Kawaii box
Kawaii box to pudełko subskrypcyjne, pełne pluszaczków, zeszytów, słodkości, breloków i mnóstwa innych rzeczy - w stylu kawaii.
Pudełko mnie zauroczyło i jeśli wszystko dobrze pójdzie, jeszcze w tym miesiącu dostanę jedno do testu! Za jakiś czas pojawi się recenzja, a póki co zapraszam was do zajrzenia na ich stronę, jeżeli podobają wam się rzeczy kawaii, na pewno będziecie zachwyceni :)


   7. Ćwiczenia!
Niedawno, bo ok. 2 tygodni temu, w końcu wzięłam się za siebie i zaczęłam ćwiczyć! Jak na tak krótki czas, jestem wręcz w szoku, bo już widać jakieś efekty (niewielkie, ale są), zwłaszcza, że nie stosuję żadnej specjalnej diety. Są to dopiero początki, ale mam wielką nadzieję, że będę wytrwała w tym, co postanowiłam i osiągnę swój cel. I liczę, że wy będziecie w tym ze mną! :)

Myślę, że to tyle na obecną chwilę. Może następny miesiąc będzie jeszcze bardziej odkrywczy! A wam udało się odkryć coś ciekawego? Podzielcie się ze mną!
Jak szybko opanować nowy alfabet?

Jak szybko opanować nowy alfabet?

Człowiek dąży do tego, aby wszystko jak najbardziej sobie ułatwić - wyszukujemy prostsze, łatwiejsze do wykonania i mniej ryzykowne opcje. Dlatego właśnie poradniki, dotyczące przeróżnych kwestii, cieszą się na blogach taką popularnością.
Nowego alfabetu, nawet jeśli nie jest podobny do tego, którym operujemy, wbrew pozorom względnie prosto jest się nauczyć. Zależy to oczywiście od samego alfabetu, ale także naszej chęci (lub jej braku), motywacji, a także naszych zdolności i szybkości nauki. Wiem, że wiele osób ma problem z nauczeniem się nawet tych prostszych - w tym hangula - więc przygotowałam krótki poradnik, który pomoże wam szybciej i skuteczniej sobie z tym poradzić :)


   Zadbaj o estetykę

Kiedy przygotujemy estetyczne, przyjemne dla oka notatki, od razu milej jest spędzać nad nimi czas, uczyć się z nich i zapamiętywać. Dlatego warto pamiętać o tym, aby notatki prezentowały się jak najlepiej, bo to naprawdę może pomóc!


   Wypisz wszystkie litery

 I nie chodzi mi tu o ich wydrukowanie, czy napisanie na komputerze, telefonie... Pisząc ręcznie ćwiczymy rękę, bliżej poznajemy litery, a w dodatku powtarzając pisownię, łatwiej nam je zapamiętać. W tym punkcie również koniecznie pamiętajcie o estetyce zapisu ;)


   Znajdź swoje skojarzenia

  Zastanów się, z czym kojarzy ci się dana litera. Może znajdziesz coś oczywistego, może nawet zabawnego... Od razu lepiej wejdzie ci do głowy, kiedy skojarzysz sobie ją z czymś ci już znanym. Możesz sobie wypisać litery, do których znalazłeś skojarzenia i porobić obok nich rysunki przedstawiające te skojarzenia. Na pewno nie zapomnicie! ;)

 

   

Stwórz fiszki

  Fiszki to sposób, który podaje prawie w każdym temacie, dotyczącym nauki. Dla mnie jest to z nich wszystkich wręcz najlepszy, bo działa praktycznie na wszystko i to jak skutecznie! Jeśli chodzi o naukę alfabetu również jest to wręcz idealny sposób - możemy sami się sprawdzić, ile już umiemy, przy okazji jeszcze więcej zapamiętując!
Jeśli nie słyszeliście wcześniej o fiszkach, są to niewielkie karteczki, na których z jednej strony piszemy słówko, literę, czy pojęcie, a na drugiej jego wyjaśnienie ;) Polecam spróbować!

   Nie męcz samych liter, spróbuj prostych słówek 

Wiadomo, jeśli nauka zbyt dobrze, po jakimś czasie wałkowanie wciąż tego samego robi się trochę nudne... W przypadku alfabetu, warto po poznaniu jego podstaw wypisać proste słówka i spróbować je przeczytać, najpierw z pomocą kartki z wypisaną wymową liter, później stopniowo bez jej używania. A przy okazji poznamy fajne słówka!

   Imiona ważnych dla ciebie osób w nowym alfabecie?

Jeżeli najpierw chcemy nauczyć się całego alfabetu, zanim zabierzemy się za słówka, możemy spróbować trochę inaczej : zapisując w poznawanym przez nas alfabecie imiona. Nasze, naszych rodziców, przyjaciół, zwierząt... Kogo chcecie ;)

   Powieś kartki z problematycznymi literami w widocznym miejscu

Kiedy masz problem z zapamiętaniem litery, stwórz kartkę, na której ją zapiszesz (najlepiej kolorem). Wokół możesz wypisać skojarzenia, słowa zaczynające się na tą literę, czy co tylko jeszcze wymyślisz. Gotową kartkę powieś w miejscu, w które często spoglądasz - może to być ściana nad biurkiem, tablica korkowa w kuchni, lodówka, a nawet... sufit ;) Podczas codziennych czynności będziesz widzieć literę, więc szybciej wejdzie ci do głowy!

Przeczytane? To do dzieła, nauczmy się czegoś nowego! :)

Może zaciekawi cię też:
Moje sposoby na naukę koreańskiego
Jak zacząć naukę koreańskiego?
Kilka słów o azjatyckich dramach
Jak nazywałbyś się w Korei Południowej? - koreańskie imię, nazwisko i wiek

Copyright © 2014 Chinguui blog , Blogger